Poznałam go tuż przed moimi 19. urodzinami. Była końcówka czerwca, zapowiadało się dosyć ciepłe lato. W pracy nabawiłam się kontuzji, więc lekarz skierował mnie na rehabilitację. Tam właśnie go poznałam… Zaczęło się niewinnie.
W pewien poniedziałkowy poranek pojechałam na pierwszy zabieg. Weszłam do gabinetu, okazałam moje skierowanie. Pani rehabilitantka ułożyła mnie na kozetce i podłączyła mi do nogi jakieś elektrody. Podczas pracy urządzenia siedziałam tam sama. Od innych byłam oddzielona białym prześcieradłem. Obok mojej kozetki było krzesło. Po chwili weszła do mnie moja mama, która przywiozła mnie wcześniej do przychodni. Rozmawiałyśmy o moim zepsutym komputerze i o przyczynie awarii. Odezwał się jakiś męski głos z boksu obok i zasugerował rozwiązanie. W międzyczasie do mamy zadzwonił chyba wujek, że z dziadkiem coś nie tak i żeby przyjechała. Zostawiła mnie więc samą i szybko pobiegła po samochód. Ja i nieznajomy od komputera zaczęliśmy rozmawiać niezobowiązująco. Miał na imię Grzegorz. Kiedy się sobie przedstawiliśmy, odsłonił białą przesłonę i podał mi rękę. Był bez koszulki, więc było widać jego kształtną klatkę, co wywołało na mnie piorunujące wrażenie, ale nic nie dałam po sobie poznać, uśmiechając się tylko lekko. Przystojny Nieznajomy, jak się okazało, nadwyrężył sobie rękę podczas zawodów pływackich. Był wojskowym(wówczas były jeszcze regularne pobory), pracował w pobliskiej jednostce i pochodził z okolic Poznania.
Szybko wymieniliśmy się numerami. Odtąd spotykaliśmy się codziennie rano w przychodni, na naszych zabiegach. Po południu bywałam u niego w jednostce, w sali odwiedzin. Nic przyjemnego. Jest się ciągle obserwowanym przez oficera dyżurnego, który siedzi sobie w pokoju tuż obok. Cóż, po fali spotkań, całusów, przytuleń, zaprosił mnie na wyjazd na jakiś festiwal do Poznania. Zastanawiałam się dwa dni, zdecydowałam zostać w domu- za krótko się znaliśmy. Nie było go cały weekend, więc pisaliśmy do siebie wiadomości tekstowe. Mnóstwo smsów. Mieliśmy telefony w tej samej sieci, więc nie było to trudne, czy kosztowne. Zbliżyliśmy się do siebie, ja miałam wielka nadzieję na coś więcej, chyba oboje mieliśmy.
Parę dni później wyjechał na dwutygodniowy urlop na południe Polski, do rodziny. Sam. Nie zmartwiło mnie to, za wcześnie było na poznanie jego rodziny, poza tym nadal musiałam chodzić na zabiegi rehabilitacyjne, więc jakikolwiek wyjazd był wykluczony. W tym czasie bardzo za nim tęskniłam.
W czasie jego nieobecności także dużo do siebie pisaliśmy. Kiedy wracał, wyjechałam do niego aż do miejscowości B., oddalonej ode mnie jakieś 40 kilometrów, żeby wspólnie poczekać na pociąg do SWDN(tam mieszkałam i tam była jednostka, w której pracował). Był dosyć ciepły letni dzień, byłam w lnianej sukience do kolan i lekkiej marynarce. Poszliśmy tam na mały spacer. W drodze przystanęliśmy na chwilę i mocno się przytuliliśmy. Przeszliśmy jeszcze kawałek, po czym usiedliśmy na ławce, trochę rozmawialiśmy. Nagle zaczął się do mnie przytulać, całować. Przyjmowałam to jako coś naturalnego, choć nie do końca mi odpowiadało i sama nie czułam takiej potrzeby. Wolałam rozmawiać, żeby się lepiej poznać, ona zaś wolał raczej kontakt fizyczny. Dziś myślę że po miesiącach spędzonych w wojsku bardzo brakowało mu ciała kobiety.
Niedługo potem okazało się że kończy służbę i wyjeżdża na stałe do Poznania. I że nie chce czekać, tęsknić, związek na odległość nie ma szans ani sensu.
Nasze ostateczne pożegnanie napawa mnie przede wszystkim żalem, ale też wielkim wstydem. Przed autobusem wyjeżdżającym z jednostki wojskowej, kiedy mijali nas ludzie wsiadający do niego, powiedział mi że to koniec. Oczywiście nie zrobił tego w żaden chamski sposób, był w miarę delikatny. Na tyle, na ile da się być w takiej sytuacji. Ale nie dość delikatny, żebym go nie znienawidziła. Po naszym pożegnaniu nie odezwałam się słowem, po prostu wysłuchałam co miał mi do powiedzenia i wsiadłam do czekającego obok autobusu, nie oglądając się ani razu.
Wtedy myślałam że to koniec świata, prawie płakałam. Po dojechaniu do miasta(jednostka była 3 km poza nim)szybko wysiadłam z autobusu i poszłam na spacer. Byłam wściekła, rozżalona, zdezorientowana. Przepłakałam kilka nocy, wiele razy zastanawiałam się gdzie jest i co robi, dlaczego mi to zrobił. Raz czy dwa zdarzyło się że zadzwoniłam do niego na telefon komórkowy. Napisał wtedy smsa, zapytał co u mnie.
Byliśmy razem przez krótki czas, ale wystarczyło, żeby zacząć snuć jakieś plany, myśleć o wspólnej przyszłości. Może po maturze przyjadę do Poznania na studia? Te parę miesięcy, które mnie od niej dzieliły, zdawały się nie mieć większego znaczenia. Potem najwidoczniej doszedł do wniosku, że nie chce się wiązać i ograniczać na prawie rok. Mi niestety zajęło to dużo więcej czasu. Długo nie rozumiałam, dlaczego nie dał nam szansy.
Dzisiaj myślę że nie mógł mi dać niczego bardziej cennego. Długo tego nie rozumiałam, ale teraz wiem, że zrobił dobrze, nieważne z jakiego powodu.
Podarował mi wolność.
Wolność, która miała mi otworzyć drzwi do niesamowitej przygody. Przygody zwanej życiem.